piątek, 2 marca 2007

Montreal

Przed wylotem na Kubę pojechaliśmy zwiedzić Montreal, jako że i tak stamtąd mieliśmy nasz samolot. Trochę wyjazd był chaotyczny - Aga i Tomek kończyli swoje eseje i nie było już żadnych samochodów do wynajęcia (wszyscy się jakoś na nie rzucili w czasie Reading Week - dużo osób na road trip pojechało). Jednak Tomek wyczarował nam samochód, i to w całkiem przystępnej cenie :) Więc wpakowaliśmy się do samochodu - ja, Aga i Laura a Tomek był naszym kierowcą.
Około 9 wieczorem udało się nam dojechać do Montrealu - problemem było tylko to, że nie mieliśmy żadnej mapy miasta i tylko adres Miłki (też z SGHu). Ale daliśmy sobie jakoś radę - popytaliśmy przechodniów (co prawda ich Angielski trochę kulawy...), przejechaliśmy miasto w dłuż i wszerz, wjechaliśmy w kilka jednokierunkowych dróg w nie tą stronę co trzeba (w Kingston też się nam to zdarzyło...), ale w końcu wylądowaliśmy pod właściwym adresem.
Zostawiliśmy rzeczy i poszliśmy do jakiegoś baru - oczywiście barman po Francuski mówił, a jego Angielski był kiepski, choć udało mu się mi i Laurze powiedzieć, że napiwki nie są wliczone w cenę zanim nawet zaczęłyśmy płacić. Przy barze byli jacyś ludzie i jak się dowiedzieli, że my z Polski to mi drinka kupili :) Barman okazał się jeszcze bardziej niemiły bo nas wyrzucił o 12 :/

Od góry: Miłka i Aga, Laura i Tomek, ja - było naprawdę zimno :p
Następnego dnia trochę pozwiedzaliśmy Montreal - było baaaaaaaardzo mroźno, więc wycieczka była krótka.

Od góry: śmiesznie usytuowane DVD-player w mieszkaniu Miłki; ja i Aga przy śniadaniu; Notre Dame w montrealskim wydaniu - bardzo ładnie, ciepło (to najważniejsze), tylko podłogę mają jakąś krzywą....; dwa zdjęcia dziewczyn - ja, Laura i Aga przed Notre Dame; Aga, ja i Tomek na ulicy starego miasta - bardzo zziębnięci; ja przed ratuszem miasta.
Poniżej - ja i Aga przed Eaton Centre - nie mogliśmy się oczywiście oprzeć zakupom ;)

Aga dziękująca nam słodko za to, że zrobiliśmy jej żart i zostawiliśmy ją na 10 minut na ulicy, podczas gdy my objechaliśmy budynki dookoła (myśleliśmy, że trochę to mniej czasu zajmie...).

Następnie pojechaliśmy na Montreal by obejrzeć miasto z góry - piękne widoki, tylko że ja trochę upośledzona z tym lękiem wysokości więc trzymałam się daleko od barierek. Te trzy budynki co tak wystają zza barierki na niektórych zdjęciach to tak są mniej więcej w 1/3 widoczne...

Tak duża ilość śniegu oczywiście musiała zostać przez nas wykorzystana - bitwa śnieżna dziewczyny vs Tomek skończyła się oczywistym naszym zwycięstwem ;)

A oto kolejka do autobusu w Montrealu:

Wieczorkiem urządziliśmy polski wieczór - były schabowe, mizeria, ziemniaki, grzybki z cebulką... Od lewej Miłka, ja, Tomek, kolega Agnieszki z Tajwanu (tzn. on mieszka w Montrealu ale poznali się na Tajwanie) i Aga.

Powódź w Kingston

Wróciłam z Kuby wczoraj nad ranem. Ale o samym wyjeździe później ;)
Dzisiejsze pogoda w Kingston - rano padał deszcz, śnieg zaczął się troszkę roztapiać ale że było poniżej 0C to zaraz zamarzało. Ludzie przewracali się jak domino - mi się udało jakoś dojść na zajęcia, choć na zakrętach musiałam się trzymać płotu :) A teraz Kingston pływa - wyobraźcie sobie metrowy śnieg roztapiający się w rekordowym czasie jednego popołudnia - kałuże to nie są kałuże, to są jeziora. I to jeszcze nawet połowa się nie roztopiła. Chyba wolałam śnieg i mróz :D

środa, 14 lutego 2007

Cuba!!!

Widocznie impreza plażowa była tylko zapowiedzią czegoś większego bo... lecę na Kubę!!! W poniedziałek z Agą i Laura zabookowałyśmy 7 dni w Varadero :) Jedziemy w środe, reszta będzie już tam od niedzieli. Nie mogę się już doczekać :) Oj muszę kupić bikini i krem do opalania - różnica pomiędzy Kigston (Ontario nie Jamaica :p) a Varadero to na stan aktualny 45C :D Trochę się sparzymy słońcem. Oczekujcie dużej ilości zdjęć...

poniedziałek, 12 lutego 2007

Beach Slam Madness Party

W Sobotę Florian urządził imprezę w stylu plażowym :) Wszyscy wygrzebali więc z szafy swoje letnie ciuszki i poszli w tany - na drugą stronę miasta więc troszkę niektórzy się wyziębili. Na szczęście my się wycwaniliśmy i wzieliśmy taksówkę - jednak w całym tym zamieszaniu (taksówek było kilka, nas wiele) zapomnieliśmy o Blair'ze :) Chyba się trochę za długo zbierał... Na miejscu impreza już się rozkręcała. W sumie brakowało tylko piasku i... słońca. Temperatura, jak obiecał gospodarz była podkręcona maksymalnie - nawet w szortach i letniej koszulce było za gorąco.
A oto kilka zdjęć z imprezy:

Od góry (jak zwykle ;)): Jessica, Aga, Marieke, Katrina, ja, Laura; Jose i Suzie (tak chyba nazywało się to koło-zwierzątko); ja, Simen i kokos; Justine z Okocimem :D; Kaori i ja w "wypożyczonym" kapeluszu; Jose, Marieke, Justine, ja i Simen; Nicola, jakaś dziewczynka i gospodarz - Florian; oraz "I wear my sunglasses at night" czyli Monika o 2 w nocy :p
No i przez to, że nosiłam ze sobą tylko okulary przeciwsłoneczne - albo widziałam wszystko po ciemku, albo w ogóle jak je zdjełam. Ale to może nawet lepiej ;) Do domu wracałam na rowerze z Simen'em - zimno ale przynajmniej szybko :)
Impreza jednym słowem była bardzo udana - tylko Florian w Niedziele coś wspominał, że nie może okna jednego znaleźć (wypadło, a że śnieg padał w nocy to je wcieło) i że sprzątania to ma dość na cały rok... Ale chyba warto było :)

niedziela, 11 lutego 2007

Nauka

Ostatnie dwa tygodnie przed Reading Week są paskudne... Duuużo nauki i projektów do zrobienia. W tym tygodniu mam dwa egzaminy połówkowe midterms i do oddania book review (o obronie i bezpieczeństwie) i propozycje eseju (przyszłość prezydenta USA). Egzaminy mam z Marketingu i HR - tego samego dnia, jeden po drugim (były o tej samej godzinie ale się zlitowali i pozwolili mi pisać Marketing przed HR). Ale najdziwniejsze jest to, że przewidziany czas na egz to 3 godziny! I tak mam jeden od 15 do 18 i drugi od 1830 do 2130! No ale dość narzekania i pora się brać spowrotem do nauki (mała przerwa na jogurt i internet) - biblioteka jest moim drugim domem ostatnio. No i dziś idę na łyżwy do parku :) Będzie strasznie zimno ale warto! Wczoraj była impreza ale o niej może jak już będe miała zdjęcia ;)

poniedziałek, 5 lutego 2007

Sketchy or Sexy

W środę była impreza urodzinowa naszych dwóch wspaniałych chłopców - Blair'a (Ozzy) i Tijn'a (Niderlandy). Impreza odbywała się w piwnicy Harkness i miała motyw przewodni "Sexy or Sketchy" (sketchy to ulubione słowo Kanadyjczyków :) oznaczające dosłownie wszystko co jest nie za bardzo). Dziewczynki więc pięknie sie ubrały...

Od góry: Camille, Nicola, Estelle i Katrina; Camille i ja; Marieke, Katrina, Estelle, Camille, ja; ja i Ploy (Thai Girl).
Chłopcy dostali od nas mnóstwo prezentów, na specjalne okazje i do codziennego użytku :)

A oto kilka różnych zdjęć z imprezy:

Marieke i Matthijs (Niderlandy) - niektórzy byli bardzo sketchy... :D

A sketchy w wydaniu Merrik'a (Szkocja) było zatrważające.

Jose w swoim stroju w krówki i inne zwierzątka (jestem ciekawa gdzie takie coś można kupić?!).

Simen całkiem elegancko wyglądał - i ta mina :)

Ja, Aga i Alex -wyglądamy conajmniej dzwnie...

A na zakończenie zdjęcie jubilata z tortem urodzinowym - wrażliwych proszę o zamknięcie oczek (Rody musiał wyciągnąć go spod prysznica).

poniedziałek, 29 stycznia 2007

New York, New York

Marieke wróciła wczoraj z Nowego Jorku - już nie mogę się doczekać kiedy mnie tam zaniesie. Była tam razem z innymi studentami prawa :) Zdjęcia zrobiła przecudne i zakupów mnóstwo. A ja znowu w bibliotece i robię wszystko żeby tylko się nie uczyć... Za 2 tygodnie są MidTerms - na szczęście mam tylko 2 egzaminy i esej do napisania. A potem Reading Week czyli Spring Break w czasie którego jeszcze nie wiem co będę robiła - Simen chce polecieć na Grenlandię :) a Alex skłania się ku Alasce :D Pewnie i tak większość zostanie w Kanadzie i pojedzie na narty :/ No oprócz tych śmiałków co jadą na Kubę :)

Australia Day i takie tam

Cały tydzień jestem chora po naszej wyprawie do Toronto - zresztą jak większość z nas (tylko Berne się uchował).
We wtorek był obiadek zrobiony po polsku, z produktów kupionych w Toronto :) (by oszczędzić na jedzeniu kilka razy w tygodni jedna lub dwie osoby gotują dla reszty i składamy się na zakupy - tzw. cooking plan, nie mylić ze złym meal plan:)). Wszystkim najbardziej smakował barszcz - chyba dlatego, że nikt nigdy czegoś takiego nie próbował i byli nim zafascynowani...
W piątek byłam nawet u lekarza - śmiesznie tu jest, najpierw się idzie do pielęgniarki i ona robi pięć tysięci różnych testów (na nieszczęście większość dotyczy gardła - argh!) a potem czeka się na to aż lekarz przyjmię. I trzeba zdjąć buty gdy się wchodzi do gabinetu (ale tylko lekarza nie pięlgniarki). No a pani doktor już wtedy prawie nic nie robi tylko zadaje dużo pytań i osłuchuje.
W piątek był też Australia Day i jak na złość był to najzimniejszy dzień w tygodniu (w drodzę do przychodni zatrzymywałam się w 2 miejscach by się ogrzać a to tylko 15 minut piechotą).
Jako, że częśc z nas była chora Ozzy Day częściowo obchodziliśmy w Harkness (jak zawsze w mojej kuchni :))
Oto kilka zdjęć:

A na zdjęciach: Blair, Tijn, ja, Alex, Estelle, Camille i Rody; to samo towarzystwo i SuperOzzy Blair :) Zdjęcia pstrykała Katrina w razie wątpliwości.
Ten weekend zdecydowanie muszę zaliczyć do pracowitych - spędziłam ok. 12 godzin w bibliotece, głównie robiąc research i pisząc pracę. W pokoju jakoś nie mogę się skupić - czego dowodem jest to, iż tą notatkę właśnie piszę siedząc na kanapie w bardzo fajnym i przytulnym miejscu w bibliotece - na 3 piętrze i mam widok na JDUC i innych uczących się studentów :)
Wczoraj wieczorem poszliśmy do kina na History Boys. My to jest Simen, Marianne (też z Norwegii) i Jose z Hiszpanii (on w porówaniu do nas się obija bo tu pracuje i ma tylko 2 zajęcia w tygodniu w laboratorium nad którymi czuwa:)). Mi się film podobał, im nie - niektórzy nie rozumieją dobrego humoru brytyjskiego :D Potem poszliśmy do Toucan - pubu niedaleko kina i jak zwykle mieliśmy widok na mega telewizor projektujący nic innego jak mecz hokeja (bo każdy wieczór w Kanadzie to Hockey Night!). Potem poszliśmy do Jose - mieszka z trzema Kanadyjkami i królikiem :] i graliśmy w Trivia Game na temat Amerykańskiej Pop Kultury - całe szczęście byliśmy kiepscy bo pytania były conajmniej głupie i tylko kompletny freak mógłby na nie odpowiedzieć :)
A dziś dostałam prezent od jednego chłopca z Chin, który mieszka w moim korytarzu. Zbliża się nowy rok Chiński i powiedział, że to taka tradycja, żeby sąsiadów obdarowywać. Prezent całkiem ładny - ręcznie rzeźbiony grzebień z drewna...
No dobrze idę już z tej biblioteki - głodna się zrobiłam a i może coś się dziś dzieje w akademiku - ile można się uczyć i pisać o tym :)

czwartek, 25 stycznia 2007

TORONTO - dzień trzeci

Nadeszła niedziela, ostatni dzień naszej wspaniałej wyprawy do dzikiego Toronto. Jako, że była nas ósemka, a jest to zbyt duża liczba osób jak na spokojną wycieczkę po mieście, musieliśmy się rozdzielić. Sprawa sama się rozwiązała, jak Alex koniecznie chciał sfotografować idealny płatek śniegu...

Dziewczyny postanowiły pójść na zakupy (no ile można :)) a ja z chłopcami zdecydowaliśmy (tzn. jak zdecydowałam), że pójdziemy do Little Poland :D
Tramwaj wydawał się najbezpieczniejszym środkiem transportu - Alex trochę nie ufał maszynie, jako że w NZ nie mają tak dziwacznych tworów - aczkolwiek odrobinke drogim (2,75CAD za jedną przejażdżkę).

Główne drogi w Toronto są proste, tylko czasem zbaczają z torów i stykają się by utworzyć początek polskiej dzielnicy (skrzyżowanie Queen's, King's Street i Roncesvellas Avenue - popularnie zwana Ronsezwólką).

Monika bardzo zmarzła, a Simen zaproponował Zippie, z zewnątrz całkiem dobrze wyglądająca kawiarnia.
W środku okazało się oczywiście, że nazwa Zippie to tylko skrót od...

Właścicielką okazała się dziewczyna z Częstochowy - bardzo miła i dobrze kucharząca - zapiekanki były pyszne a Alex stwierdził, że w Kanadzie nie pił lepszej kawy :) Monika, pełna radości kupiła nawet rodzimego Tymbarka wiśniowego :D

Po godzinnej przerwie wyruszyliśmy w góre Ronsezwólki a tam - sklep za sklepem z polskimi produktami. Kupiłam pierogi, ogórki kiszone, pasztetową, groszek z marchewką, torcik wedlowski, faworki, pączka, barszcz... A chłopcy się tylko uśmiechali i byli moimi asystentami :)

Zmęczeni zakupami przeszliśmy się pod pomnik Katyński. Simen zainspirowany historią, postanowił, iż będzie to temat jego pracy na jeden z wykładów.

Następnie udaliśmy się do centrum by złapać metro w strone muzeum. Oczywiście Alex nie jechał też nigdy metrem, wieć zafascynowany zaczął pstrykać zdjęcia i... nie zdążył wsiąść do wagonu :) Po tych perturbacjach dojechaliśmy do jakiegoś centrum hotelowego i pomimo silnego wiatru udaliśmy się w kierunku muzeum. W połowie drogi mieli mnie już dość bo strasznie narzekałam - to była baaaaardzo długa trasa! A jak doszliśmy ostatkiem sił do muzeum okazało się, że metro dochodzi pod same drzwi!!! Byliśmy strasznie źli, zmarźnięci (jak zawsze) i głodni więc zawitaliśmy do Pizza Hut (nie wygląda tak zachęcająca jak w Polsce :/).
Wracając do hostelu poszliśmy obejrzeć szkołe artystyczną niedaleko Queen's Street. Dziwny budynek.

I niestety musieliśmy już wracać do Kingston. W czasie podróży powrotnej nauczyłam się nawet kilku szwedzkich zwrotów :) Jak dojechaliśmy na miejsce okazało się, iż mieliśmy dużo szczęścia - w Toronto było mega ciepło w porównaniu z -30C w Montrealu (Tijn, Rody i Blair tam pojechali) i -28C w Kingston. Tak więc nie będę już narzekać na ziąb w Toronto :)